Jakie można sobie
Kategorie

Jakie można sobie

Jakie można sobie wy­obrazić. Urodzony w biedzie, stał się bogaty dzięki rzadkie­mu powiązaniu zasług i szczęścia, a należał do niewielu, bardzo niewielu, którzy umieją zużyć zdobyte wartości w sposób humanitarny i płodny. Niechaj jego śmierć i ca­ła miłość, i ból, które się przy tym uzewnętrzniły, będą poważnym napomnieniem dla tych wszystkich, którzy w po­dobnych okolicznościach działają inaczej. I to coś warte — być opłakiwanym...\" * Chór w prasie był dobrze zestrojony. Jego opinie można uważać za stempel urzędowy pod aktem zgonu pana na Miechowicach. Ale prywatne sądy były bardzo różne. Ich rozpiętość kształtowała się między gloryfikacją i potępie­niem. W pierwszym wypadku wyraźnie przylegały do ofi­cjalnej oceny. Fraulein Liza powycinała starannie artykuły z gazet i od­dała je Marii. Wśród wszystkiego, co mogło być sporne w tych publikacjach, słuszna była uwaga, że kopalnie i hu­ty Wincklera będą pracowały po dawnemu, bo zarząd ma­jątku działał jak idealna maszyna, nad którą czuwał Grund-mann. * przekład autorki Nadeszła jesień. Ogrodnik posadził w rosarium nowe drzewko, a przed mrozami poowijał wątłe pnie w grube chochoły. W zamku zapanowała cisza. Valeska pisała wier­sze. Maria haftowała albo modliła się. Od czasu do czasu przeglądała listy męża. Słowa zostały żywe, choć mówiły o rzeczach skończonych. Niekiedy sięgała do wycinków z prasy. Wtedy odżywał w całej grozie wieczór z trumną w blasku górniczych pochodni, wielkie marsze, czarne i gę­ste jak smoła, obrzędowe śpiewy i modlitwy tłumu księży, których sprowadził stary proboszcz. I przede wszystkim — widziała własną samotność, owiniętą zwojami krepy, ale przeźroczystą dla wszystkich oczu, które na nią patrzyły. Na stypie gospodarzył Fryderyk Grundmann i on wysłał służącego do piwnicy po wino, które podawano tutaj jesz­cze niedawno tylko na wyraźne zlecenie Wincklera i tylko przy niezwykłych okazjach. Tym winem właśnie zaprószył sobie głowę Teodor Kalyde. Doszło potem do starcia mię­dzy artystą i Grundmannem, bo Fryderyk stanowczo od­mówił kupna bachantki na panterze. Maria nie dowiedziała się nigdy o tym starciu. Może by — w imię opinii, jaka powinna pozostać po mężu — podtrzymała obietnicę zaku­pu. Teodor był ambitny, nie zwrócił się do niej po odpra­wie, jaką dostał od Grundmanna. O zamówieniu na płytę nagrobną przypomniała mu jednak i zapłaciła bardzo hoj­nie. Sędziwa pani Kalyde, matka Teodora, zapamiętała sprawę rzeźby jako jeszcze jedną krzywdę od Wincklera. Prze­klęła go przed laty za córkę, ale przyjechała na pogrzeb — Valeska była przecież najstarszą z jej wnuków. Ci, co znali pierwszą żonę Wincklera, zauważyli, że pani Kalyde trzy­mała się z daleka od Marii. Pod koniec ceremonii, kiedy wielki i troskliwie przez Grundmanna pilnowany porządek załamał się i znakomici goście przemieszali się z pospól­stwem, staruszka stanęła obok Beaty Jankowskiej. Był to oczywiście zwykły przypadek, ale dla obecnych, którzy znali obie kobiety, i on miał szczególną wymowę. Beata, wdowa po piekarzu stratowanym przed trzema laty na by­tomskim rynku przez konie, stała jednak spokojnie wśród swoich synów, podczas gdy pani Kalyde wzdychała, zacis­kała bezzębne szczęki i sapała gniewnie. Żachnęła się wy­raźnie, kiedy proboszcz wyliczał nad trumną cnoty i zasłu­gi zmarłego, odmówiła jednak ze wszystkimi modlitwę za jego duszę. Zaraz potem zrobiło się jej słabo, może dlatego że na cmentarzu było duszno. Beata zaopiekowała się sta­ruszką, zanim Teodor przecisnął się przez tłum, by odpro­wadzić matkę do powozu. — Cokolwiek wszyscy ci ludzie myślą teraz, wszyscy go sądzą — powiedziała pani Kalyde, gdy zaczerpnęła świeże­go powietrza i uspokoiła się trochę. Teodor pomyślał, że pogrzeby

Poprzedni - Wyjazd. Mówił o
Następny - Gromadzą świadków biografii,

Strony pokrewne